Zupa z kamienia, czyli recenzja kulinarna

Kőleves to po węgiersku zupa z kamienia. I nazwa miejsca, które zasłużyło sobie na osobny wpis. Jak przeczytasz dalej, to dowiesz się, dlaczego…

 

fot. Vera Sepeshvari

Brak czasu nie sprzyja pisaniu bloga, ani robieniu zdjęć. Nie sprzyja też włóczeniu się po knajpach. A (dla mnie przynajmniej) włóczenie się po knajpach jest w mniejszym lub większym stopniu powiązane z pisaniem bloga. Ale jest jedno takie miejsce, które ostatnio udało mi się odwiedzić parokrotnie i stanęło na tym,  że poświęcę mu osobny wpis. I wcale nie dlatego, że tylko tam bywam.

Nazwa

Za górami za lasami… A w skrócie, jak głosi bajka, był sobie biedny wędrowiec, który pewnego razu trafił wygłodniały do nie mniej biednej wioski niż on sam. No i nikt go tam nie chciał nakarmić. W końcu zaczął się odgrażać, że jak tak, to on tu sobie zrobi zupę… z kamienia. Słusznie zaintrygowani mieszkańcy przybyli tłumnie zobaczyć, co i jak, powąchali, zapytali jak idzie. Na to młodzieniec odparł, że nieźle, ale przydałaby się szczypta soli. Dostał całą garść. Potem to samo z kapustą, kiełbasą… Zupę zjadł ze smakiem, a gapie sprawiedliwie zapytali, co z kamieniem. „Kamień? Zabieram ze sobą, przyda się następnym razem”.

So what?

fot. Vera Sepeshvari

Nie pytajcie, na prawdę nie wiem, jak ma się ta historia do samego miejsca. Na stronie Kőleves można znaleźć 3 wersje tej bajki: taką jak powyżej, podobną, tylko z królem Maciejem Korwinem zamiast biednego młodzieńca i tzw. „nową”, która niestety mi się nie ładuje. A co mogłoby być tym kamieniem u szyi Kőleves? Może obsługa. Czasem jest fatalna. Ale może całkiem niepotrzebnie porównuję jej jakość do jakości jedzenia. Jedzenie jest bardzo dobre. A obsługa jest po prostu… bardzo wyluzowana. Więc czasem zamiast gęsiej wątróbki na naszym stole może wylądować gęsia noga. Ale co tam, w obu wersjach gęś jest najwyższych lotów.

Jedzenie

Z zup (650-850 HUF czyli średnio z 3 euro) polecam kokosowo-rybną z krewetkami tygrysimi, ale pozostałe też ładnie pachniały. Dania główne to taki węgiersko-żydowsko-światowy fusion w przedziale od 2000 do 3500 forintów. Wracając do tematu gęsi, to jej noga z puree ziemniaczano-cebulowym i modrą kapustą (miejscowy klasyk) zasługuje tu na miano najlepszej. Ale znajdzie się też coś wega (np. lasagne z ricottą i szpinakiem, albo bakłażanowe curry).Menu zmienia się co tydzień, tylko część pozycji jest stała. Z deserów największe wrażenie zrobiło na mnie ciasto rabarbarowe podane z syropem z imbiru i bzu. Więc mam nadzieję, że przynajmniej syrop na stałe zagości w menu. Warto się tu właśnie skusić na typowo węgierskie desery, bo przygotowują je nieco mnie hardocorowo (czytaj bez szalonych ilości margaryny i bitej śmietany) i trochę eksperymentalnie.

Atmosfera

Podobnie jak obsługa – na luzie. I to chyba mi się w tym miejscu najbardziej podoba: „high-endowe” żarcie w miejscu, gdzie nie trzeba dbać o ubiór:) Nie jest to żadna elegancka restauracja, wystrój bardziej w stylu romkocsmy. Wieczorami bywa tłoczno, trochę hałaśliwie. I wielojęzycznie, boKőleves zdobył niezłe recenzje na Tripadvisor. Nie jest to na pewno najtańsze miejsce w okolicy, więc tagu „tanio”  tu nie dorzucam. Ale stosunek cena/jakość (i ilość!) jest jak dla mnie w sam raz.

P.S. Żadne z opisanych dań nie trafiło w zasięg obiektywu, bo zostało za każdym razem natychmiast skonsumowane. Przy najbliższej okazji postaram się o więcej cierpliwości. Albo zrobię zdjęcia przy innych stolikach.

Kőleves 

 VII dzielnica, Kazinczy utca 35, róg Dob utca 26
Czynne: Pn-Pt 11-22, Sob. 12-22, Nd. 12-18.